Minęły prawie 3 miesiące — zdecydowanie za długo. Przyrzekamy poprawę i postaramy się pisać bloga bardziej regularnie i w krótszych odstępach czasu.
Zamroziliśmy bloga bo chcieliśmy poczekać, aż najważniejsze rzeczy zostaną wyjaśnione … i tak się stało. Ostatecznie dostaliśmy pozwolenie na pobyt w Turcji na rok. Zajęło nam to trochę czasu… ale wszystko po kolei.
Po panoramicznym śniadaniu nad Konyą (gdzie zakończyliśmy blog 3), kierujemy się trochę na zachód. Po drodze mijamy fantastyczne formy skalne, duże jeziora pokryte szuwarami (znów brak wody) i podziwiamy zachód słońca na wysokości 1800m. Po alpejskiej wędrówce aż mrowi w stopach, szczególnie Tosię. Pozostajemy więc niżej i wędrujemy po kanionie Yaka i Yazilikay, a później do 800-metrowej jaskini Zindan, której końcem jest gigantyczny komin krasowy, prowadzący pionowo w górę. Niesamowite przeżycie!
Nieco później docieramy znów do Antalyi, gdzie słońce nadal mocno przygrzewa. Tu mamy wciąż lato, a z domu otrzymujemy piękne zdjęcia Mönchwinkel w kolorach jesieni. Wspomnienia z domu i zbliżająca się jesien to dla nas sygnał startowy do oficjalnego maratonu ubiegania się o pozwolenie na pobyt. W tej kwestii niemiecki konsulat generalny w Antalyi pomógł nam niewiele, w przeciwieństwie do tureckich urzędów migracyjnych. Nareszcie wiedzieliśmy, czego potrzebujemy… wolałabym tego nie wymieniać. W międzyczasie musieliśmy zatroszczyć się o FREDA, który potrzebował dodatkowego pozwolenia celnego na pobyt. Dwa dni i jeszcze więcej siwych włosów później, przy drugiej próbie przekonania celników i przy wsparciu przyjaciół dostaliśmy przedłużenie! FRED nie musi zatem zimować na parkingu celnym, wracać do Bułgarii ani płacić 5‑cyfrowej grzywny – a to były inne możliwe opcje.
Uskrzydleni pierwszym sukcesem wyruszamy wzdłuż wybrzeża w kierunku Kas, gdzie odwiedzamy nowych przyjaciół Isolde i Diethera i szukamy mieszkania, aby ubiegać się o pozwolenie na pobyt. Wciąż jest bardzo gorąco i wilgotno i tylko morze daje ochłodzenie. Niestety jako szczury lądowe klimatu umiarkowanego nie radzimy sobie zbyt dobrze w tak gorącym klimacie, co przerzuca się na nastroje. Dzieci się kłócą, starzy krzyczą i na końcu wszyscy są źli. Pomimo niestrudzonego wsparcia Isoldy, poszukiwania mieszkania w Kas nie powiodły się, a i miasteczko nas w sobie nie rozkochało. Trudno byłoby nam sobie wyobrazić siedzenie tutaj w mieszkaniu przez 3 – 4 miesiące. Niestety by ubiegać sie o zgode na pobyt, potrzebujemy stałego adresu lub kogoś z Turcji, kto poda nam adres meldunkowy i poręczy za nas. Trudna sprawa.
Coraz bardziej zdajemy sobie sprawę z tego, że potrzebujemy przerwy w przemieszczaniu się i musimy zdobyć jasność co do tego, jak i gdzie sfinalizować podanie o pobyt i jak powinny wyglądać kolejne miesiące. Po parnej, bezsennej nocy, nękani przez komary i muszki, wpadliśmy na pomysł, aby spróbować „work-away” (workaway.info). Ekscytująca koncepcja, w której pomaga się na farmie, eko-projekcie, hostelu, restauracji itp. 4 – 5 godzin dziennie i w zamian otrzymuje wyżywienie i zakwaterowanie, a także zdobywa wiele nowych kontaktów i doświadczeń w innej kulturze. Kontaktujemy się z 5. adresami i otrzymujemy zaproszenie od dwóch. Hmmmm… może w ten sposób uzyskamy adres meldunkowy?
Zanim urzeczywistnimy tą ciekawą perspektywę, decydujemy się opuścić FREDA i wybrać się na 4‑dniową wędrówkę słynnym likijskim szlakiem turystycznym. Ma długość 540 km i wije się wzdłuż wybrzeża, obok wielu zabytków i dzikiego śródziemnomorskiego krajobrazu. Wędrujemy 30 kilometrów czyli tylko jego niewielką część, ale dla dzieci to naprawdę wielkie osiągnięcie, biorąc pod uwagę ciepło, znaczne różnice wysokości i strome przejścia! We czworo śpimy w dwuosobowym namiocie (sardynkowe klimaty), wieczorem gotujemy zupki i poznajemy też nowych przyjaciół Bahar i Gökcana, których będziemy częściej widywać w kolejnych miesiącach. Dobrze było rozprostować nogi i odswieżyć umysł w tym surowym, suchym krajobrazie, obok wielu opuszczonych dawnych greckich gospodarstw, pól i wiosek, obok likijskich ruin i grobowców, pod szerokim błękitnym niebem, i przy jeszcze bardziej błękitnym morzu!
Cieszymy się z powrotu do FREDA, który czeka na nas na małym, rustykalnym kempingu. Powoli przygotowujemy się do wyruszenia na wschód na naszą pierwszą „workawayową” przygodę. Jednak na krótko przed wyjazdem przepala nam się laptop na kempingowym zasilaniu… Nie do naprawienia, jak się okazuje po 3 dniach biegania, poradach w około 6 serwisach i łącznie 6 tygodniach czekania na naprawę (kolejna wymówka dla spóźnionego bloga…). Teraz mamy nowy używany z naszym dobrym starym twardym dyskiem i wszystko znów działa.
W drodze na wschód w kierunku Anamur zauważamy wiele okrętów wojennych w zatokach (pewnie w związku z napiętą sytuacją z Grecją), przeszła nad nami pierwsza gwałtowna burza w tym sezonie i obserwujemy, jak wiele gigantycznych kompleksów hotelowych stoi opuszczonych i zamkniętych. Najwyraźniej wystarczy jeden pusty sezon, aby te „pałace” splajtowały. Aż żal patrzeć na takie inwestycje… Parę dni później docieramy do Zeytinady (wyspy oliwnej), małej wioski na wysokości 350m nad morzem. Tutaj spędzamy 2 tygodnie na naszym pierwszym work-awayu. Zanurzamy się w życiu dużej tureckiej rodziny, otaczają nas strome sady oliwne, plantacje granatów, mandarynek, pomarańczy… pomagamy w rodzinnym pensjonacie i restauracji Gözleme. Uczymy się gotować syrop z granatów, robimy marmoladę z pigwy, pomagamy przy zbiorach oliwek, ścinaniu drzew i jesteśmy rozpieszczani pysznym domowym jedzeniem. Niebo w gębie! Dzieci są na dworze przez cały dzień i pomagają, kiedy tylko mogą. Tu odżywamy i nie możemy się doczekać, aby wnieść swój wkład pracy i doświadczenia w bardzo prosty system wymiany — bez przeliczania, kompensowania, myśleniu o zysku lub rentowności. Tutaj także nawiązujemy nową przyjaźń z Peterem, „podróżnikiem” z Nowej Zelandii, który jeździ na rowerze po całym świecie od prawie 2 lat. Leo i Antonia prawie na krok go nie odstępują, a on gra z nimi w berka, w karty, pływa i się wygłupia. Będziemy go widywać częściej.
Na początku listopada żegnamy się z Zeytinadą i wracamy na zachód, do Olympos na drugi workaway. Tym razem to projekt cyrkowy niemiecko-tureckiej pary artystów. Thomas pochodzi z Kreuzbergu i co roku organizuje festiwal uliczny „Berlin-Lacht” (Berlin się śmieje), mamy więc wiele wspólnych tematów do przegadania. Zagrzewamy tu miejsca na 2 tygodnie i pomagamy głównie przy rozbudowie drewnianych chat. W wolnej chwili wędrujemy po dzikim wybrzeżu Parku Narodowego Olympos i starożytnym mieście o tej samej nazwie. W Olympos u zaprzyjaźnionej Turczynki otrzymujemy także nasz adres meldunkowy z poświadczeniem notarialnym. Mamy zatem miejmy nadzieję wszystko, co konieczne na naszą ostatnią „rozmowę” w urzędzie ds. migracji. I rzeczywiście, po dwóch kolejnych nerwowych dniach w urzędach, niezliczonych dokumentach i miłej pogawędce, nasze zezwolenie na pobyt zostało oficjalnie zatwierdzone. Ostateczny certyfikat (karta chipowa „ikamet”) zostanie wysłany pocztą po ok. 4 tygodniach. Z radości i ulgi prawie fikamy koziołki…
Jest koniec listopada i nawet jeśli tego jeszcze nie czujemy, rozpoczyna się adwent. Jesteśmy wolni, nie jesteśmy przywiązani do miejsca ani mieszkania i musimy tylko zostać w regionie, aby odebrać nasz ikamet. Po rozważeniu paru opcji okazuje się, że możemy świętować Boże Narodzenie i Sylwestra razem z przyjaciółmi w Zeytinadzie. Jest nam bardzo miło! Zanim tam dotrzemy, wracamy jeszcze kawałeczek na zachód do Bodrum – by poznać ten kawałek wybrzeża, którego jeszcze nie znamy. Zaczynamy odczuwać, że także tutaj w Turcji ograniczenia związane z covidem są coraz większe. Na szczęście dla nas, turyści są póki co wyłączeni z obowiązujących restrykcji. Po drodze zwiedzamy likijski Xanthos, stary opuszczony klasztor skalny i opuszczoną przed prawie 100 laty niegdyś grecką wioskę. A pomiędzy tym wszystkim piękne puste zatoki i samotne plaże.
Na początku grudnia jesteśmy na kolejnym workawayu niedaleko Bodrum w Gümüslük. Tutaj znów spotykamy Ethana, Kanadyjczyka, z którym zaprzyjaźniliśmy się w Olympos. Projekt nosi nazwę „glamping” — rodzaj luksusowego wariantu kempingu i wciąż jest w trakcie budowy. I znowu mamy szczęście spotkać miłą młodą grupę międzynarodową, z którą spędzamy tydzień. Jasiek stara się poprawić oświetlenie i dopracować elektrykę, a ja szyję hamaki (nareszcie mogę znów dotknąć maszynę do szycia, już mi tego brakowało!). W międzyczasie dzieci uczą się balansować na slackline, żonglować i piec tace pełne ciastek adwentowych. Po serdecznym pożegnaniu z Gümüslük spędzamy jeszcze parę dni z Bahar i Gökcanem, którzy na sąsiednim półwyspie Iasos odziedziczyli po babci stary dom i majątek nad morzem. Planują zbudować tu mały hostel z kempingiem. Idealne miejsce na taki projekt.
Jest połowa grudnia i najwyższy czas, abyśmy wrócili do Zeytinady na Boże Narodzenie. Wybieramy dłuższą trasę przez górzyste tereny i nie możemy doczekać się ponownego zobaczenia tureckich Malediw czyli jeziora Salda (blog 3) – tym razem w magicznej mgle. W górach włączamy teraz już ogrzewanie w naszym FREDZIE, a na szczytach leży biały śnieg. Zupełnie inaczej, niż gdy wraca się do Antalyi w łagodną, ciepłą pogodę t‑shirtową. Tutaj w Antalyi – wyludnionej przez lockdown – spotykamy ponownie Petera i razem przejeżdżamy ostatnie kilometry do Zeytinady na wspólne świętowanie.
Te święta były wyjątkowe i piękne. Ivett, żona naszego gospodarza, pochodzi z Węgier i jest bliska naszym tradycjom. Wspólnie obchodziliśmy Wigilię w dużym gronie, z choinką z filcu, kolorowymi światełkami, barszczem, rybą, sałatką ziemniaczaną i drobnymi, sympatycznymi prezentami. Piecyk na drewno rozgrzewał atmosferę, siedmioro dzieci szalało radośnie, a my „dorośli” również cieszyliśmy się z tego zaimprowizowanego, kolorowego, międzynarodowego święta z winem, słodyczam i świąteczną muzyką. Zostaniemy tu trochę dłużej i powitamy Nowy Rok w Zeytinadzie. W międzyczasie będziemy nadal pomagać w gospodarstwie i w lesie, cieszyć się świeżym gözleme i spacerować nad morze…
Na koniec chcielibyśmy trochę napisać o dzieciach. Leo powoli staje się majsterkowiczem. Buduje zaprojektowane przez siebie filtry do wody z bambusa i żwiru, mini teleskop z łusek nabojów, kuchenki spirytusowe ze starych puszek po piwie, mini kuszę ze spinaczy do bielizny… Prawie codziennie spawa, klei, maluje i lutuje. Ponieważ internet jest drogi i ograniczony, dużo czyta. Ostatnio w ciągu kilku dni przeczytał po niemiecku „Spinacz na Alasce” i „Hrabia Monte Christo”, a teraz czyta po polsku „Pióro T‑Rexa” z Magicznego Drzewa. Światło w alkowie pali się do późnych godzin nocnych… Mówi też zabawnym slangiem po angielsku z nutą irlandzką, kanadyjską i nowozelandzką.
Antonia to jedno (?!) niewyczerpane źródło energii od rana do wieczora, i pomaga wszędzie. Zaczyna wcześnie od dojenia kozy, robienia i wałowania ciasta, zbierania drewna, krojenia warzyw itp. W mgnieniu oka podbija serca swoim wesołym, pewnym siebie sposobem bycia. Uwielbia się przytulać, troszczy się o wszystko i wszystkich i jest szczęśliwa z powodu czasu i uczucia, którym się ją obdarowuje. Ale oboje razem… mogą strasznie kłócić się i walczyć, czym doprowadzają nas do granic cierpliwości. To prawdziwe wyzwanie na tych kilku metrach kwadratowych. Mimo najszczerszych chęci i dobrej woli to nie jest tylko idealna, piękna strona podróży…
W każdym razie dzieci są aktywne przez większość dnia. W lesie, nad morzem, na górskich łąkach, podczas zbiorów, wycinania drzew lub pieszych wędrówek. Z pewnością nie jest to szkodliwe dla układu odpornościowego, a wręcz przeciwnie. Więc śmieją się dużo i często, wygłupiają i do tej pory nawet nie byli przeziębieni. Poznają wiele innych dzieci, szybko nawiązują kontakty i „rozmawiają” ze sobą rękami i nogami w mieszance niemieckiego, angielskiego, polskiego i tureckiego.
Wniosek: każdego wieczoru jesteśmy wdzięczni za ogromną wolność, którą uzyskaliśmy i która stała się o wiele bardziej wartościowa w obecnych czasach. W ten sposób automatycznie spotykamy ludzi z różnych środowisk i narodowości, którzy nie dają się kierować strachem, ale z dużą dozą zaufania do Boga (lub Wyższego Dobra) witają i przeżywają każdy nowy dzień. Myślę, że największym jak dotąd prezentem na tej wyprawie jest możliwość podarowania naszym dzieciom odrobiny normalności, pewności siebie i radości życia. Bo nie my, ale oni niosą w sobie przyszłość, w której kiedyś będziemy żyć my, „starzy”.
Co dalej? Również tutaj, w Zeytinadzie, wzrok tęsknie podąża daleko w morze w kierunku zachodu słońca. Póki co pozostaniemy na wybrzeżu tureckim. Oczekuje nas kilka wizyt w Olympos, Antalyi i Konyi. Ale potem w końcu ruszymy dalej na wschód, trochę bliżej starej Persji. Następnym celem podróży jest prowincja Hatay, która od zachodu graniczy z Morzem Śródziemnym, a od wschodu z Syrią. Z początkiem wiosny będziemy podróżować dalej do wschodniej Turcji, w głąb Anatolii, gdzie teraz panują ostre mrozy. A co potem? Nie chcemy planować dużo dalej. Każdy dzień sam w sobie pozostaje darem – as long as we keep on rolling… 2021!
Jezioro Beysehir Jaskinia Zindan Wąwóz Yazilikay Plażowicze w Antalya Szklarniana pustynia przy Demre Czyje to urodziny… Wysoko na szlaku likijskim Likijskie krasnoludki Likijska wędrówka do Kekovej Andriake night Fred i morze Widok z Zeytinady Antonia i Perihan robią Gözleme Gözleme-mistrzyni Magdalena Drzemka przy zbiorze oliwek Obieranie granatów w Zeytinadzie Produkcja marmolady z pigwy (Zeytinada) Widok z Zeytinady Zatoka w Antiochii Zaczarowana zatoka Kral Koyu Antiochia i Magdalena Nekropolia w Antiochii Antonia lubi simsonka Tilla! Prace z drewnem w Olympos Olympos workaway — z Thomasem na dachu Wędrówka w Olympos Czyszczenie kół po jeździe w błotku Poranek przez tylną szybę przy Finike Gelidonya versus Fred Latarnia morska na przylądku Gelidonya Przylądek Gelidonya Poranne klimaty w Xanthos Sport poranny w likijskim Xanthos Zatoka Motyla o 400m głębokości Zatoka w Darbogaz Geologia na wyciągnięcie ręki w zatoce Darbogaz Stary grecki klasztor Af Kule Wieczorne klimaty w Göcek (lub Mazury?) Workawayteam w Gümüslük Barber z Gümüslük… Pieczenie ciasteczek Mistrz ciasteczek Leo Slackline-training z Yusufem w Gümüslük 100 lat, 100 lat! Mandarynki bez końca w Gümüslük Gümüslük Irlandia czy może Gümüslük? Wieczór w Gümüslük Moja ryba! Wędrówka plażowa w deszczu przy Iasos Sztuka geologiczna Śniadanie z Bahar, Gökcan i Baris Co Antonia chce nam przez ten napis powiedzieć? Salda — tym razem we mgle Bigos na 1. Dzień Świąt Spotkanie z Peterem w Antalyi Ćwiczenia na plaży z Peterem w Gazipasa Pieczenie ciasteczek w Zeytinadzie Międzynarodowe Boże Narodzenie Wigilia z pasztecikami i sałatką z ziemniaków Antonia i jej koza Turkish tea time z Barisem Spacer po plaży przy Zeytinadzie
Komentarze (1)
Madziku, z przyjemnością przeczytałam Twój opis! Cieszę się, że tak Wam — mimo czasami kłopotów i komplikacji — podróż radośnie przebiega ku zadowoleniu wszystkich.
Dziś 1 stycznia, zaczyna się Nowy Rok! Wielu milych przygód, zdrowia, poznania ciekawych ludzi i szerokiej drogi
zyczy Ewa Kosińska
Niech Was prowadzi Bóg i Wasze anioły.